english

Bio/Prasa

1. W świat ze wsi Warszawa, Robert Sankowski, Gazeta Wyborcza, 30.05.2012, wywiad
2. Wieś Warszawa śpiewa i tańczy z filharmonikami. W piątek w amfiteatrze, Beata Maciejewska, Gazeta Wyborcza Białystok, 29.06.2012
3. Kapela Ze Wsi Warszawa od A do Z, Konrad Wojciechowski, Metro, 6.07.2012
4. Spełnił się najdzikszy sen Janka Muzykanta, Monika Żmijewska, Gazeta Wyborcza Białystok, 30.06.2012
5. Freaki, nie fraki! – Dominika Węcławek, T-Mobile Music, 5.03.2012, wywiad
6. Folk you! - Jarek Szubrycht, 6.02.2009

Prasa zagraniczna - kliknij tutaj.  Recenzje NORD - kliknij tutaj.

----------


W świat ze wsi Warszawa
Robert Sankowski, Gazeta Wyborcza

Ten zespół niepostrzeżenie stał się czołowym towarem eksportowym naszej sceny muzycznej. Kapela Ze Wsi Warszawa obchodzi 15. urodziny, wydała płytę z motywami skandynawskimi i podoba się od Londynu po Stambuł
W Polsce dostrzegliśmy ich osiem lat temu, gdy otrzymali od BBC nagrodę dla nowej twarzy europejskiej muzyki folkowej. Ale od tego czasu grupa poszła mocno do przodu. Coraz odważniej łączy lokalny folk z elementami nowoczesnej muzyki rozrywkowej i z wpływami muzyki etnicznej bardzo różnych kultur. I nieustannie wędruje po świecie, dając koncerty na festiwalach rockowych, w klubach i teatrach. Na najbliższe pół roku Kapela ma szczelnie wypełniony kalendarz imprezami w Niemczech, Wielkiej Brytanii, Austrii, ale też w Czechach i na Białorusi. "To jeden z najbardziej śmiałych i ekscytujących zespołów w Europie" - napisał kilka dni temu brytyjski "Guardian" w recenzji nowego, szóstego albumu grupy "Nord".

Robert Sankowski: Nie sposób znaleźć kogoś, kto o "Nord" napisałby źle...
Maciej Szajkowski*, muzyk KZWW grający na perkusjonaliach: Działamy w korzennej kosmologii, ale staramy się poszukiwać w niej konstelacji jeszcze nieodkrytych. To jest trudne, bo przecież po ludowe tematy nie można sięgać bez końca.
Teraz np. eksplorujemy XIX- i XX-wieczne księgi odnoszące się do kultury ludowej, m.in. Berwińskiego, Wójcickiego, Świętochowskiego. Zakładamy przy tym poważne podejście do realizacji płyt, tak jakby to był debiut, od którego wszystko zależy, wybierając np. dobre studia nagraniowe oraz najlepszych realizatorów. Wciąż zaskakuje nas to, co znajdujemy w polskiej tradycji, widzimy coraz więcej analogii ze światem.
Edgar Morin pisał kiedyś o Ziemi-ojczyźnie i o folklorze planetarnym. Muzyka jest językiem uniwersalnym, który naprawdę ma moc łączenia ludzi z różnych kultur. To nas inspiruje najbardziej.

Słychać to na płycie. Na "Nord" są nawiązania nie tylko do muzyki skandynawskiej, ale i szamanizmu.
- W czasie naszej trasy po Kanadzie i USA w 2004 r. poznaliśmy szamankę Sandy Scofield. To córka wodza kanadyjskiego plemienia Cree. Żartowaliśmy, że niektórzy w Polsce postrzegają Kapelę jak niegdyś konkwistadorzy Indian - najlepiej chcieliby nas wystrzelać...
Rozmawialiśmy z nią o pewnych analogiach. Umiłowanie wolności, własnej kultury, Matki Ziemi, godność i honor, a jednocześnie sprzeciw wobec opresji - to przecież wartości wspólne dla wielu ludzi. Sandy współpracuje z uniwersytetami, komponuje muzykę dla teatru i filmu, wystąpiła nawet podczas ceremonii otwarcia olimpiady w Vancouver. Ostatnio prowadziliśmy razem warsztaty na festiwalu Rainforest w Malezji, przyznała, że nasza "Wiosna Ludu" to jedna z najważniejszych płyt w jej życiu.

Dlaczego?
- Mówiła o dzikości, naiwności i niewinności tej muzyki. O instrumentach smyczkowych, które określiły brzmienie zespołu. O "plemiennych" bębnach - a Indianie grają na bębnach obręczowych, podobnych do tych, które wykorzystują polscy muzycy ludowi. Mało tego, grają podobnie transowe groove'y! Na nas z kolei wrażenie zrobił śpiew indiański, oparty na krzyku, atawistyczny. Miałem deja vu, jakbyśmy znali się całe wieki.
Ale szamanizm ma się dobrze także dużo bliżej Polski. W ubiegłym roku byłem na Węgrzech. Okazuje się, że to ezoteryczny kraj mistyków, cudotwórców i pomazańców bożych. Jedną z nich jest Halina Wilk-Bergerne, Polka, która mieszka tam od 30 lat. Prowadzi zajęcia terapeutyczne, uczy śpiewu i tańca intuicyjnego, gra na bębnach szamańskich, jest autorką muzyki medytacyjnej i mantr o dobroczynnej sile.
Na warsztatach w Szegedzie przeżyłem tzw. kąpiel w gongu. Z kąpielą ma to niewiele wspólnego - to raczej forma teleportacji jaźni w kosmos. Masywne dźwięki wytwarzane przez grających na gongach muzyków powodują fizycznie odczuwalne wibracje i błogie stany świadomości. Pitagoras, pisząc o muzyce sfer, pewnie miał na myśli coś takiego. To muzyka totalna. Miałem taki odlot, że trzeba mnie było reanimować przez dłuższą chwilę. "Byłeś u swoich" - powiedziała mi później Halina. Czułem się jeszcze długo jak w piosence Fisza, "30 cm ponad chodnikami".
Język jest kluczem, w słowach zawarta jest dawna wiedza. Również w polskim, zwłaszcza w gwarze. Intuicyjnie, nieraz nie rozumiejąc znaczenia, można poczuć zawarte w obcych słowach swoiste kody, rodzaj werbalizacji naszego duchowego DNA. To być może dla człowieka epoki racjonalizmu niezrozumiałe. Dobór pieśni w repertuarze Kapeli nie jest przypadkowy. Przekazujemy opowieści i wartości, które tkwią w nas głęboko. Są pokoleniową spuścizną, mądrością wspólnoty, pokładami naszej świadomości i tożsamości. Trzeba tylko nie bać się i obudzić to w sobie.

Wy coś w sobie obudziliście?
- Przypomnieliśmy sobie o związkach muzyki z naturą i magicznymi mocami. Franciszek Kotula jeszcze w latach 50., Wójcicki i inni 100 lat wcześniej pisali, że muzykantów uważano za osobliwych delikwentów, cudaków, sprzymierzeńców sił magicznych. Bo z martwego przedmiotu potrafili wydobywać dźwięk, bo za sprawą tego dźwięku potrafili wprowadzać ludzi w trans, w zatracenie. Dlatego muzykantów nie wpuszczano do kościołów podczas ślubów. Dlatego często musieli mieszkać na skraju wsi. A muzykanci to wykorzystywali, tworzyli zamkniętą grupę, opowiadali o sobie rozmaite historie, podkreślali tę tajemniczość.

Trochę jak bluesmeni z delty Missisipi, o których mówiono, że zaprzedają duszę diabłu w zamian za talent.
- Nam raczej chodzi o magię, która zawsze była obecna w kulturze ludowej.

Inny twój projekt - R.U.T.A. - w ubiegłym roku mocno przypomniał, że polska historia ma również chłopską, a nie tylko szlachecką wersję. Teraz przywołujesz naszą przedchrześcijańską tradycję.
- Raczej alternatywną do chrześcijaństwa, choć w dużej mierze przez nie zawłaszczoną. Kościół adaptował rozmaite pogańskie zwyczaje. Kalendarz świąteczny określony przesileniami, malowanie jajek, śmigus dyngus i wiele innych rzeczy - to wszystko jest z czasów przedchrześcijańskich.
To część większego paradoksu, o którym ostatnio mówił Andrzej Stasiuk - że polska psyche jest nieustannie rozdarta pomiędzy casusem pana i chama, władcy i niewolnika. Dychotomia istnieje również w polskim katolicyzmie, który z jednej strony pełen jest guseł i przesądów, z drugiej - szalonej, niemal fanatycznej dewocji, która czasem prowadzi wręcz do nienawiści, stygmatyzacji innych, przemocy.

W jakim kierunku będzie zmierzać teraz Kapela?
- Jest pomysł zderzenia muzyków polskich z europejskimi. Chodzi o to, by wprowadzić tę muzykę w nowe przestrzenie, w krajobraz miejski. Wybraliśmy do współpracy Hiszpankę Mercedes Peón, która w ubiegłym roku na Skrzyżowaniu Kultur przedstawiła niesamowity performance, hipnotyczny show z instrumentami elektronicznymi i bębnami, dudami i całą baterią instrumentów z hiszpańskiej Galicji. Przyjęła nasze zaproszenie, w listopadzie w Warszawie chcemy z nią poeksperymentować. Może nawet pójdziemy w kierunku muzyki współczesnej, jakiejś etnicznej kameralistyki?
W tym, co robimy ostatnio, opieramy się na transie, na groovie, wróciliśmy do wspólnotowego grania. Ale ciągnie nas też do eksperymentów. Wcześniej, 29 czerwca, zagramy specjalny koncert z orkiestrą symfoniczną i chórem z Serbii w sali koncertowej opery w Białymstoku. A styczeń i luty spędziliśmy w USA i Kanadzie, gdzie na zaproszenie Andy'ego Teirsteina - nowojorskiego dyrygenta i kompozytora, ucznia Bernsteina - Kapela opracowała muzykę do opery "A Blessing on the Moon. Part One: The Color of Poison Berries", na motywach powieści amerykańskiego pisarza Josepha Skibella. Ilustrację onirycznej opowieści o podróży Chaima Skibelskiego przez Polskę współtworzyli z nami śpiewacy nowojorskich oper i teatrów, w tym na Broadwayu. Może uda się wystawić "Blessing..." w Polsce w przyszłym roku.

W tym będziecie świętować 15. urodziny.
- Wyprawi nam je Cieszyn. 7 lipca na festiwalu Kręgi Sztuki. Wystąpimy tam m.in. z Muzyką Orawy i Ludwikiem Młynarczykiem - naszymi pierwszymi nauczycielami. Będą też Vienio z Molesty, Pablopavo z Vavamuffin, będzie DJ Feel-X, Sutari - laureatki tegorocznej Nowej Tradycji, Halina Wilk z szamankami i wielu przyjaciół.
Szykuje się też książka o Kapeli. Julian Damentko, autor magisterki o zespole, zaproponował, że może to rozwinąć. Robi to razem z Konradem Wojciechowskim (współautorem "Pokolenia J8" o Jarocinie). A jest dużo fajnych historii do opowiedzenia. O drodze zespołu, który był nie całkiem rozumianą efemerydą, przedziwną osobliwością, z emigracyjnym epizodem - szkic historii sceny folkowej w Polsce.

A w twoim przypadku skąd to zainteresowanie folkiem?
- Z fascynacji akustycznym brzmieniem, trochę z zainteresowania Orientem. Na początku lat 90. grałem punk rocka m.in. w kapeli Antidotum. I wtedy usłyszałem Pakistańczyka Nusrata Fateha Alego Khana - nigdy wcześniej nie spotkałem takiej kumulacji energii i maestrii. Wzięło mnie do tego stopnia, że nawet zafascynowałem się sufizmem.
Na polski folklor trafiłem poprzez redakcję "Nowej Wsi". Miałem tam praktyki, redaktor naczelny Kazimierz Długosz wysyłał mnie na wieś, jeździłem na festiwale ludowe i folkowe. Tych ostatnich było dosłownie kilka - w Ząbkowicach Śląskich, Krotoszynie, Radomiu i Lublinie. Kilkadziesiąt osób w całej Polsce...
Dopiero dzięki Orkiestrze Świętego Mikołaja możemy mówić o powstaniu świadomej sceny. Szukaliśmy nowych dźwięków. Uczyliśmy się u muzyków góralskich w Lipnicy Wlk., jeździliśmy do poznanych muzykantów na wieś, przede wszystkim do Janiny i Kazimierza Zdrzalików ze Strykowic Górnych.
Kapelę zakładaliśmy bez muzycznego biznesplanu. Nie ustalaliśmy, co wolno, a czego nie wolno. Złapaliśmy za instrumenty, które akurat mieliśmy, i z młodzieńczym szwungiem rzuciliśmy się w wir pasji.

Dziś jesteście prawdziwą instytucją, dyżurnym przykładem sukcesu polskiej muzyki za granicą, a twoje nazwisko można znaleźć przy wielu folkowych imprezach w Polsce.
- Ale nie pchamy się na afisze. Rzadko prezentuje nas radio, telewizja w ogóle, wymykamy się mainstreamowi, bo nie jesteśmy sformatowani, nasz target jest nieokreślony. Czyli jednak da się prowadzić działalność poza systemem, nieraz go nawet sabotując.
Poza tym to ciągle walka. Np. stolica nie jest szczególnie zainteresowana Kapelą. Nawet dyplomaci za granicą mówią nam, że robimy Warszawie większą promocję niż reklamowe filmiki i akcje za ciężkie miliony. Opowiadamy przecież o Polsce, zapraszamy do naszego miasta. A nie mamy w Warszawie nawet sali do prób.
Ale nie płaczemy. Od 2000 r. prowadziliśmy w Muzeum Etnograficznym cykl "Muzyka w Muzeum". Później ewoluował on w imprezy "Jedna Europa, wiele kultur". Kilka lat temu niemiecka telewizja publiczna chciała zrobić dokument o odrodzeniu muzyki etnicznej w Polsce, zgłosili się do kilku polskich instytucji, gdzie skierowano ich do... Otrębus, do Mazowsza. BBC samo zrobiło dokument o Kapeli, pokazywany w Europie, Ameryce i Japonii, bo tu nie było komu. Więc od trzech lat, dzięki wsparciu IAM, razem z Transetniką - stowarzyszeniem, które realizuje stoisko polskie na targach muzyki świata WOMEX - prezentujemy polską muzykę etniczną. To zaczyna przynosić efekty. Dwa lata temu z reżyserem Wojtkiem Majewskim zrobiliśmy dokument o warszawskiej scenie etno - "Roots from Warsaw" - dostępny w internecie. Polskie zespoły zaczynają w końcu wyjeżdżać za granicę. Wcześniej poza Polską można było usłyszeć tylko o nas i o Kroke.

Nadal musicie odpierać zarzuty, że nie jesteście zespołem grającym prawdziwą muzykę ludową?
- Bo nigdy jej nie graliśmy.
Zresztą dziś muzyką ludową jest disco polo, które spełnia wszystkie kryteria - jest muzyką wspólnot wiejskich i prowincjonalnych, towarzyszy obrzędom i rytuałom, jak wesela, wreszcie jest gremialnie śpiewana i pożądana. To jest frapujące, że środowiska purystów wskazują na nowy folk jako zagrożenie kultury tradycyjnej, a przy disco polo, które dokonało masakry, nawet się nie zająkną...
Co więcej, nawet najwierniejsi rekonstruktorzy, obrońcy "czystości" muzyki tradycyjnej, nie grają tak jak wiejscy muzykanci. Te ich rekonstrukcje, wyrwane z naturalnego kontekstu, bo grane głównie w miastach, też są jakąś formą interpretacji lub imitacji. Całe lata 90. spędziłem na badaniach terenowych, nagrywaniu zabaw, na których jeszcze gdzieniegdzie tańczono przy muzyce akustycznej. W Radomskiem, Lubelskiem, na Suwalszczyźnie i w górach. I wiem, że w przypadku tej muzyki trudno mówić o sztywnym stylistycznym gorsecie. Każdy muzykant dbał o to, aby mieć swój styl, coś od siebie dołożyć. Ten ryt był jego znakiem rozpoznawczym zapewniającym lokalną renomę.
A sama muzyka ciągle ewoluowała. Harmonie wypierały skrzypce, pojawiło się radio - to były rewolucyjne zmiany. My znamy formę, w jakiej grano muzykę wiejską na przełomie XIX i XX w. Tymczasem ona zmieniała się z każdym pokoleniem. Są oczywiście pewne niezmienne kwestie, jak rytmy trójkowe, biały śpiew, charakterystyczne skale i ornamenty itd. Ale poza tym są style, mikroregiony, bogate instrumentarium - to ogromny amalgamat.

Podziały na scenie etnicznej, ostre w latach 90., wciąż są żywe?
- Coś się zmieniło - mimo odmiennego podejścia tworzymy jednak środowisko ludzi ogarniętych pasją. Powinniśmy się wspierać. Podział na tradycjonalistów i liberałów, purystów i folkowców przestaje mieć znaczenie, kiedy porzuci się ideologię. Muzyka to nie sejm.
W innych krajach to rozgraniczenie na scenie etno nie istnieje. W Bretanii na jednym festiwalu można usłyszeć rootsowych gości z okolicznej wioski, a obok kolektyw Afro Celt Sound System, który jest totalną gatunkową fuzją. Przecież większość słuchaczy dociera do muzyki tradycyjnej właśnie za sprawą takich projektów. U nas ludowe tematy znakomicie afirmowali Trebunie Tutki (płyta z reggae'owym Twinkle Brothers!) czy Grzegorz Ciechowski.

Niedawno w rozmowie z "Gazetą" Janusz Prusinowski (jego trio zdobyło w 2010 r. Folkowy Fonogram Roku PR) nie wyrażał się o Grzegorzu z Ciechowa z takim zrozumieniem.
- Ta muzyka nic nie straciła z czasem. Więcej, Simon Broughton, naczelny "Songlines", największego magazynu poświęconego muzyce świata, mówił mi, że jego zdaniem "OjDaDana" Ciechowskiego wpisuje się w styl, który na Wyspach tworzyli muzycy związani z tzw. Asian Underground przy Nation Records - takich grup jak Recycler, FunDaMental, Asian Dub Foundation czy Loop Guru - tworzących pomost między tradycją a nowoczesnością, łącząc np. muzykę etniczną z klubową.

Jesteś świeżo po kolejnej edycji festiwalu Nowa Tradycja. W jakiej kondycji jest polski folk?
- Jest przyzwoicie, ale nie ma już tej potężnej wznoszącej fali, która pojawiła się na początku poprzedniej dekady. Jeśli czegoś brakuje mi u dzisiejszych młodych folkowców, to odwagi eksperymentowania. Weszło nowe pokolenie, ale politycznie poprawne, brakuje mu bigla i tej świadomości tworzenia ruchu poprzez burzenie starego porządku. Szaleństwa i nonkonformizmu. W dzisiejszym folku brakuje mi zespołów, które miałyby mocny przekaz - pozytywny i jednocześnie wolnościowy. Ale wierzę, że takie nadejdą, ponieważ kiedy zaczynaliśmy, na początku lat 90., była nas garstka - teraz są setki. I wcześniej czy później, jak mówi Jasiek Trebunia Tutka, "z tej mąki będzie chleb".

4 x Kapela
Wiosna Ludu (2001)
Druga płyta w dyskografii KZWW i zarazem wejście - za sprawą niemieckiej wytwórni Jaro Medien - na międzynarodową scenę. Jak ktoś celnie napisał - "najmocniejsze uderzenie polskiej muzyki od czasów folkowego Kilara".

Wykorzenienie (2005)
Kapela próbuje różnych smaków polskiej muzyki folkowej i przyprawia je coraz odważniej elementami czerpanymi z jak najbardziej współczesnego grania. Piosenki "korzenne" w wykonaniu autentycznych wykonawców ludowych poprzeplatane z pierwszymi hitami Kapeli: "Mateuszem" i "Hej, zagrajcie muzykanty".

Infinity (2008)
Mikstura warzona przez Kapelę z różnych elementów polskiej tradycji, zapożyczeń z innych kultur oraz nowoczesnych brzmień nabiera coraz większej gęstości. Nietypowe harmonie w "Borach", pokręcony rytmicznie "Chmiel" czy "Serce" zaśpiewane z gościnnym udziałem Natalii Przybysz - to już nie polski folk, to pełnokrwiste world music.

Nord (2012)
Album zainspirowany muzyką skandynawską, a jednak brzmi bardzo swojsko. Dwa bliskie sobie geograficznie, ale - jak mogłoby się wydawać - odległe kulturowo światy na tej płycie stają się jednym. Choć nie chodzi tu tylko o połączenie dwóch konkretnych etnosów. To jest world music w wersji totalnej. Kapela tnie trochę na ukos - nie tylko w poprzek stylów i gatunków, również w poprzek historii i czasu. Obok folku i muzyki etnicznej (z różnych zresztą regionów świata) odzywa się tu jazz, rock, puls muzyki tanecznej. A całe to szaleństwo w ryzy biorą surowy, plemienny, obrzędowy klimat oraz magia harmonii niesamowitych kobiecych głosów.

----------


Wieś Warszawa śpiewa i tańczy z filharmonikami. W piątek w amfiteatrze
Beata Maciejewska, Gazeta Wyborcza Białystok

Jeśli o jakimś polskim zespole można powiedzieć, że jest naprawdę znany na całym świecie, od Meksyku po Japonię, to właśnie o Kapeli ze Wsi Warszawa. Jeśli jest jakiś polski zespół, który w USA nie gra dla Polonii, tylko dla Amerykanów zafascynowanych brzmieniem, które do tej pory kojarzyli najwyżej z Karaibami, albo Dalekim Wschodem, to jest to właśnie Kapela ze Wsi Warszawa. W piątek (29.06) będzie gwiazdą koncertu w amfiteatrze, w ramach HalfWay Festival - Op!era Folk Festival.

Dowodzą, że jest w polskiej muzyce ludowej absolutnie wszystko: jazz, blues, punk rock, reggae, a nawet hip-hop. Nie tylko najtańszy pop, czy broń Boże kawałki w rodzaju "Majteczki w kropeczki", albo "Wolność i swoboda". Nie boją się sięgnąć do korzeni tej muzyki. Mógł to oczywiście zrobić każdy, warunek był tylko jeden, nie można tych korzeni szukać w okolicach Cepelii, która sztukę ludową całkowicie zinfantylizowała, ani w skansenach, jakimi są od dawna tzw. zespoły ludowe. Kapela ze Wsi Warszawa miała odwagę, żeby to zrobić i okazało się, że to muzyka, która ciągle pulsuje życiem.

Na scenie uwodzą temperamentem, energią, agresywnym rytmem bębnów i absolutnie wariackim tempem skrzypiec, ale przede wszystkim magnetycznymi głosami wokalistek, operujących tzw. śpiewem białym tak, jakby niczego innego przez całe życie nie robiły. Nie mizdrzą się do słuchaczy jak dziesiątki zespołów, które grają ludową muzykę tak, żeby nikt nie miał wątpliwości, że to tylko tak dla pieniędzy, bo naprawdę stworzeni są do rzeczy wyższych. Muzycy Kapeli są w polskim (przede wszystkim mazowieckim) folku zakochani i nie kryją tego.

Swoją muzyką wpisali się w popularność nurtu world music. Grają na największych festiwalach tej muzyki na świecie i w najbardziej prestiżowych salach koncertowych. Już zrobili dla polskiego folku tyle dobrego co Oskar Kolberg, ożywiając na powrót muzykę skazaną na zapomnienie, a są na najlepszej drodze, żeby dla jej popularyzacji na świecie zrobić równie wiele dobrego co Fryderyk Chopin.

Uwodzą nawet swoją nazwą. Ten (ta?), kto wpadł na pomysł, żeby nazwać zespół Kapela ze Wsi Warszawa, jednym precyzyjnym zdaniem nazywając to co robią, a jednocześnie ironią rozbrajając wszelkie antywarszawskie grymasy, był geniuszem. Ale na świecie Kapela robi karierę jako Warsaw Village Band. To jeszcze jeden dowód, że na sukces zapracowali ciężką i uczciwą praca. Bo angielska nazwa nie ma nawet cienia tego wdzięku, co Kapela ze Wsi Warszawa.

Wystąpią wespół zespół, z serbską grupą wokalną Constantine rodem z miasta Niš (ma w repertuarze etno, pop, rock, jazz, a także muzykę filmową) oraz z orkiestrą Opery i Filharmonii Podlaskiej. Repertuar jest tak ułożony, że o relaksacyjnym wieczorze możemy zapomnieć. Jeżeli na początku jest trzęsienie ziemi czyli Taniec Węgierski nr 5 Brahmsa, a potem napięcie rośnie - o co zadbał Bela Bartók z Rumuńskimi Tańcami Ludowymi i Wojciech Kilar, komponując niezwykle żywiołową, inspirowaną góralską kapelą Orawę na orkiestrę kameralną - melomani mogą być pewni, że czekają ich gorące momenty. Szczególnie kiedy orkiestra zagra Rytualny Taniec Ognia z baletu "Miłosne czary" Manuela de Falli. Kompozytor dbał o to, żeby wtapiać podstawowe cechy muzycznego folkloru Hiszpanii w swoje kompozycje. Fabułę do libretta baletu "El amor brujo" (1915 rok) zaczerpnął z cygańskiej legendy, a altową wokalną partię pisał dla cygańskiej śpiewaczki i tancerki Pastory Imperio. Będzie o miłości - ona kocha jego, on kocha ją, ale potem pojawia się ten trzeci, a nawet ta czwarta - więc musi być gorąco.

----------

Kapela Ze Wsi Warszawa od A do Z
Konrad Wojciechowski, Metro, 6.07.2012

Kapela Ze Wsi Warszawa świętuje 15-lecie istnienia. W sobotę na Festiwalu Kręgi Sztuki w Cieszynie da specjalny, jubileuszowy koncert. Usłyszycie transowy groove, elementy qawwali i fidel płocką. Co to znaczy oraz inne nieznane fakty o KZWW w naszym alfabecie.

A jak agitacja – transparent „Muzyka przeciwko rasizmowi” Kapela wyniosła na scenę podczas koncertu inaugurującego polską prezydencję w UE. Był to też manifest przeciwko oskarżaniu folkowców o kradzież muzyki ludowej.

B jak BBC – brytyjska rozgłośnia radiowa BBC 3 w 2004 roku przyznała Kapel i nagrodę „Newcomer” („Nowa Twarz”) w kategorii world music. Muzykom poświęcono odcinek cyklu filmowego „European Roots”.

C jak cepelia – pogardliwie o muzyce ludowej jeszcze z czasów PRL. KZWW niesie kaganek oświaty i na przekór stereotypom udowadnia, że nie należy utożsamiać folku wyłącznie z knajpiano-biesiadnymi przyśpiewkami przy weselnym stole.

D jak dach Dworca Centralnego – miejsce kręcenia klipu do piosenki „Ej, ty, gburski synie” z płyty „Nord”. W samym środku Warszawy, nad głowami podróżnych, odbyła się prawdziwa weselna uczta.

E jak edukacja – u małżeństwa Pomianowskich Anna Jakubowska pobierała lekcje gry na suce biłgorajskiej, a Maciej Szajkowski oswajał się z bębnem indyjskim. Długo mijali się na zajęciach, aż wreszcie postanowili połączyć siły w Kapeli.

F jak fidel płocka – trzymany w pozycji kolanowej strunowy instrument smyczkowy. Od czasu płyty „Wiosna Ludu” Kapela postanowiła wzbogacić brzmienie i poszukać nowych środków wyrazu. Na fideli gra w zespole Sylwia Świątkowska.

G jak gwara i groove – transowy groove to rytmiczny efekt, jaki na swoich płytach osiąga Szajkowski i reszta muzykantów. Do tego dochodzi tradycyjna gwara, za pomocą której KZWW opowiada o współczesnym człowieku.

H jak Hedningarna – po naszemu „poganie”. Szwedzka grupa folkowa towarzyszyła przybyszom z Polski podczas nagrywania albumu „Nord”. Z tych słowiańsko-skandynawskich knowań wyszła płyta o chłodnym spojrzeniu i gorącym sercu.

I jak ironia – „wsiowa” nazwa zespołu rozumiana bywa jako przytyk w kierunku stołecznej kołtunerii. Ale to ironia. Kapela podróżuje po świecie i ociepla wizerunek warszawiaków. Chce przy okazji podtrzymać dobre słowo o neoromantycznej wsi.

J jak Jaro Medien – niemiecka wytwórnia płytowa, która poznała się na Kapeli i wydała jej „Wiosnę ludów” u naszych zachodnich sąsiadów. To samo z „Wykorzenieniem”. Dzięki temu Europa zaczęła stopniowo oswajać się z polską kulturą.

K jak krzyk ekstatyczny – inaczej „biały śpiew”. Narzędzie pracy Magdy Sobczak-Kotnarowskiej, Sylwii Świątkowskiej i Ewy Wałeckiej. To wysokie, ostre brzmienie i ekspresja wokalna.

L jak „Lament” – piosenka z „Wykorzenienia” dedykowana Czesławowi Niemenowi, który nie ukrywał sympatii do muzyki etnicznej i zasiadał w jury festiwalu Nowa Tradycja. Aranż opracowała Maja Kleszcz.

M jak „Muzykanty wielkiego pola” – spektakl Cezarego Studniaka, do którego muzykę opracowała Kapela, używając współczesnych instrumentów. Libretto napisał Tymon Tymański, a na scenie pojawiły się m.in. Justyna Steczkowska i Iga Cembrzyńska.

N jak „Nowa Wieś” – miejsce praktyk dziennikarskich Szajkowskiego. Jako początkujący żurnalista „Nowej Wsi” jeździł na prowincje, pisał reportaże, a przede wszystkim poznawał muzyków ludowych. Tak zaraził się polską wsią.

O jak ojciec chrzestny – oczywiście Kapeli. To Włodzimierz Kleszcz, dziennikarz od folku w radiowej „Trójce”, ojciec Mai. To on promocyjnie wspierał Kapelę – radził, pomagał, podpowiadał. Zajął się produkcją debiutanckiego krążka „Hop SaSa”.

P jak Pole Mokotowskie – pierwszy oficjalny koncert na „Dniu Ziemi” na Polu Mokotowskim w 1997 roku. Były polki, oberki, stroje ludowe; zamiast profesjonalnego sprzętu bęben ręcznej roboty uderzany patykiem. Nikt nie śmiał myśleć o wielkiej karierze.

R jak rozstanie – z Wojtkiem Krzakiem i Mają Kleszcz, którzy poszli swoją drogą i tworzą obecnie projekt incarNations. Ich ostatnia działalność w KZWW to zupełnie autorski krążek „Infinity”. Płyta inspirowana narodzinami ich dziecka.

S jak sufizm – forma islamskiej mistyki polegająca na grupowych śpiewach (qawwali). Duży wpływ na muzyczną percepcję Szajkowskiego wywarł Nusrat Fateh Ali Khan – guru world music. Współpracował z Peterem Gabrielem, który zaprosił Kapelę na festiwal WOMAD.

T jak tryton – z fachowego języka: tryton to interwał równy trzem całym tonom. Określony wymysłem szatana i zakazany w dawnej muzyce przez kościelnych hierarchów. Kapela wykorzystała go w „Kołysance konopnej”.

U jak Uprooting – czyli „Wykorzenienie”, tytuł trzeciej pozycji w dyskografii zespołu. Ta płyta to muzyczna mapa Polski, bo utwory pochodzą z: Mazowsza, Kielecczyzny, Suwalszczyzny, a nawet Rzeszowszczyzny.

W jak „Wymiksowanie” – 16 remiksów z „Wykorzenienia” w odważnych interpretacjach gatunkowych. Już nie tylko naturalny folk, ale house, hip-hop, ambient, a nawet dub. Po co to wszystko? Aby skończyć z etosem „brodatego folkowca-harcerza”.

Z jak zdrada ideałów – o zespołach pokroju Brathanki, Golec uOrkiestra czy Zakopower mówi się, że grają modny folk, a ludowa tradycja ma dla nich komercyjne znaczenie. Kapela jest bardziej rootsowa – stosuje dawne instrumenty i ciągle odbywa podróże etnograficzne.

Kapela Ze Wsi Warszawa, po 15 latach grania, rozstaniach, manifestacji i walki o pozycję na folkowym rynku muzycznym w pełnej formie w sobotę w Cieszynie. Nie zabraknie kawałków z najnowszej płyty Nord
 

----------


Spełnił się najdzikszy sen Janka Muzykanta
Monika Żmijewska, Gazeta Wyborcza Białystok

Tak żartował Maciej Szajkowski z Kapeli ze Wsi Warszawa po tym, gdy świetna grupa folkowa stanęła na jednej scenie wraz z białostockimi filharmonikami. Faktycznie - orkiestra symfoniczna a do tego cymbały, fidel płocka, wariackie tempo skrzypiec i "Bendzie wojna" - o tym Janko mógł kiedyś tylko pomarzyć. Co najważniejsze - z tego spotkania prawdopodobnie urodzi się płyta.

To przedsięwzięcie bez precedensu - symfoniczny klimat, elegancko ubrana orkiestra i energetyzujące ludowe "białe" przyśpiewki podane w fascynujący sposób - jaki tylko Kapela ze Wsi Warszawa potrafi. Zdarzyło się to wszystko w późny piątkowy wieczór, w amfiteatrze Opery i Filharmonii Podlaskiej przy Odeskiej, który wreszcie zapełnił się ludźmi (choć nie w całości) i z którego w końcu, ze względu na załamanie pogody, nie trzeba było zaplanowanej imprezy przenosić pod dach - jako to już wcześniej blisko 10 razy bywało.

Niezwykłe połączenie: Kapela, białostocka Orkiestra Symfoniczna pod dyrekcją Pawła Kotli, a do tego Zespół Wokalny Constantine z Serbii - okazało się świetnym pomysłem na rozpoczęcie festiwalu Op!era Folk Festival, drugiej odsłony Halfway Festival.

To impreza, w której folk łączy najróżniejsze gatunki, nawet takie, którym pozornie do siebie daleko - stąd w ciągu trzydniowego festiwalu (potrwa do niedzieli) spotykają się ze sobą i hip-hop, i rock, i grunge, i alternatywa, i folk właśnie w najróżniejszych odcieniach. W połowie drogi - jak rzecze nazwa festiwalu - spotyka się w Białymstoku i Wschód, i Zachód - przez trzy dni w amfiteatrze usłyszeć można zespoły z Białorusi, Ukrainy, Islandii, Kanady, USA, Rosji, Polski.

A jakby tego było mało - spotyka się z nimi jeszcze muzyka symfoniczna - od którego to spotkania festiwal się zaczął. Filharmonicy zainaugurowali festiwal żywiołowo - od "Tańca węgierskiego" Brahmsa, przez "Rumuńskie tańce ludowe" Beli Bartoka, "Rytualne tańce ognia" z baletu "Miłosne czary" Manuela da Falli, fragmenty z baletu "Rodeo" Aarona Coplanda, po "Estancię" Alberto Ginastery. Po drodze była jeszcze świetna "Orawa" Wojciecha Kilara, którą widzowie przywitali gorąco - bo to zresztą była zapowiedź tego, co się za chwilę zdarzy.

I zdarzyło się: filharmonicy zagrali "Krzesanego" - niezwykły, psychodeliczny nieco i energetyzujący utwór Wojciecha Kilara, po czym na scenę weszła Kapela ze Wsi Warszawa, by dorzucić własną energię i we wspólnej z filharmonikami improwizacji sprezentować widzom Wariacje na temat "Krzesanego", a potem orkiestrowe aranżacje utworów Kapeli: "Bendzie wojna" i "Step owy". Bo na swój sposób to była improwizacja - muzycy wcześniej mieli czas tylko na bardzo krótką próbę. I choć były momenty, w których folk i orkiestra odrobinę się rozmijały, to zważywszy na wcześniejsze okoliczności - efekt był niesamowity.

Niezwykły temperament sześciorga muzyków z Kapeli wręcz rozsadzał amfiteatr. A szaleńcze tempo cymbałów, skrzypiec i bębnów folkowców nieoczekiwanie świetnie komponowało się z delikatniejszymi dźwiękami klarnetów, trąbek i wiolonczeli. To była nieprawdopodobna siła muzyki, potężniejącej, momentami zamieniającej się w psychodeliczne trzęsienie ziemi. "Skrzesane" z muzyki archaicznej, wiejskiej i tej "wyższej", zrodzonej gdzieś w głowie kompozytora i spisanej w partyturze. Do tego fascynujące wibrujące głosy wokalistek, śpiewających śpiewem białym, tak - co słusznie zauważają fachowcy - jakby się z tym śpiewem już urodziły. Na finał ze swoimi niskimi głosami dołączyli Serbowie, ustawieni na podwyższeniu z boku sceny - nieco surrealistycznie, bo pod palmą.

A potem filharmonicy zeszli ze sceny, a została na niej już tylko (aż) Kapela. Dała świetny energetyczny koncert, nieodmiennie zachwycając połączeniem w jedno muzyki korzeni z głębi wiejskiego Mazowsza oraz punk-rocka i jazzu. I zadziwiając pasją i wirtuozerią gry. Za każdym razem trudno oderwać wzrok od skrzypaczek (Sylwia Świątkowska i Ewa Wałecka) i od nadgarstków Magdaleny Sobczak -Kotnarowskiej wywijającej pałeczkami nad cymbałami tak szaleńczo, że nie sposób za nim nadążyć. Muzycy zagrali utwory świetnie znane fanom z poprzednich płyt ("Żurawie", "Mateusz", "Musiałaś ty dziewce", "Moja dolo") czy z tej najnowszej "Nord" ("Ej ty gburski synie"). Świetnie zrobiła zespołowi też trąbka - do Kapeli gościnnie dołączył Miłosz Gawryłkiewicz.

----------

Freaki, nie fraki! – Dominika Węcławek, T-Mobile Music

 

Maciej Szajkowski - propagator etno, folku i muzyki świata. Lider projektu R.U.T.A oraz Kapeli ze Wsi Warszawa. Od kilkunastu lat jest w ciągłej podróży. Właśnie wrócił z Ameryki i od tego, czego tam z zespołem dokonał zaczniemy rozmowę. Zgłębimy też artystyczne kierunki, które podjął na zapowiadanych płytach - zarówno wschodni, jak i północny. Nie zapomnimy o życzeniach dla obchodzącej piętnaste urodziny Kapeli.

W Nowym Jorku stała się rzecz bez precedensu. Kapela ze Wsi Warszawa wystąpiła w operze.
To prawie jak "Upiór w operze". (śmiech) Sami nie wierzyliśmy, że to się może wydarzyć. Cała sytuacja była wcześniej w sferze imaginacji, ale nad jej materializacją przez trzy lata pracował Andy Teirstein, profesor uniwersytetu muzycznego w Nowym Jorku, kompozytor i człowiek związany z tamtejszą bohemą, przyjaciel m.in. wybitnego minimalisty Phillipa Glassa, współpracujący m.in. z Frankiem Londonem czy Davidem Krakauerem. Wymyślił sobie, by na podstawie powieści "A Blessing On The Moon" stworzyć operę właśnie. Na napisaną w latach 90. książkę amerykańskiego pisarza Josepha Skibella trafił przez przypadek, w sklepie czy antykwariacie. I zachwycił się, między innymi tym, jak muzycznym językiem została napisana. Wyobraził sobie, by zilustrować ją autorskimi kompozycjami opartymi o współczesną muzykę klasyczną i etniczną. A że akcja rozgrywa się w Polsce, uznał, że Kapela ze Wsi Warszawa – którą wcześniej znał – będzie najwłaściwsza. Swoim brzmieniem pozwoli oddać dramaturgię, temperaturę wydarzeń…

A jaka jest ta temperatura? I czego dotyczą wydarzenia?
Cała historia jest z jednej strony dramatyczna, z drugiej metafizyczna. Opowiada, jak duch bohatera, Żyda zastrzelonego w czasie wojny trafia w rodzinne strony, gdzie zastaje nową sytuację. W jego domu mieszkają Polacy, których początkowo traktuje jako intruzów... Jest jeszcze wiele innych aspektów tej trzyczęściowej sagi. I wiele wątków.

Dlaczego Teirstein uznał, że będziecie do tego pasować? Jak w ogóle na was trafił – muzyka słowiańska wchodzi w zakres jego naukowych zainteresowań?
Raczej nie. Jego domeną jest muzyka klasyczna. Choć, jak udowodnił, jedno drugiego nie wyklucza. A zainteresowanie tym, co etniczne łączy się z jego pasją podróżniczą. Znał naszą płytę "Wiosna Ludu", co więcej rozpływał się nad nią. Szczególne wrażenie zrobił na nim "Taniec chasydzki". Okazuje się, że dla wielu ludzi naprawdę ma on spore znaczenie. Zwłaszcza w połączeniu z opisem, że muzykę traktujemy w sposób dość szczególny, jako kontakt z transcendencją. Napisał więc muzykę uwzględniając naszą rolę. Rozpisał wszystkie instrumenty, a szczególnie ukochał sobie cymbały i fidele.

Dlaczego? Z powodu egzotyki?
Również. Wspominał, że zrobiło na nim duże wrażenie nasze instrumentarium. Choć akustyczne – jak podkreślał - brzmiące tak potężnie, tajemniczo zarazem i mistycznie. Tu muszę przytoczyć historię, którą przeżyła Marta Maślanka-Stanisławska, pracując z Janem A.P. Kaczmarkiem przy muzyce do "Marzyciela", nota bene filmu, za który ten kompozytor otrzymał Oscara. Otóż w Hollywood rezydują muzycy, instrumentaliści z całego świata - są wybitni, starannie wybrani, grają na wszystkim, co wymyślił człowiek. A przy okazji tworzą bardzo silny związek zawodowy, nie dopuszczając nikogo z zewnątrz. Czynią wyjątki jedynie dla wybitnie unikalnych lub znanych artystów. Toteż na wieść, że jakaś Polka ma grać partie cymbałów - zaprotestowali. Pokazali przy tym kilkanaście różnych rodzajów podobnych instrumentów, od perskiego santuru do węgierskiego cymbalonu. Kaczmarek wytłumaczył im grzecznie, acz stanowczo, że nie mają polskich cymbałów, których to brzmienia nic nie zastąpi. Dopiero kiedy usłyszeli Martę w studiu w LA, przyznali mu rację. Wracając do Teirsteina -on też, jak mówił, od początku nie miał wątpliwości, że Kapela dysponuje brzmieniem nie do podrobienia.

A wy zdziwiliście się tym jak pracuje się w warunkach operowych?
Dla mnie to był szok kulturowy. Jako, że nie jestem muzykiem, to praca z mistrzami, pierwszymi głosami Broadwayu i wirtuozami, była szalenie interesującym przeżyciem, po trochu przygodą i wyzwaniem. Praca na partyturach, jest jak praca na wysokości – tu nie ma pola do improwizacji. (śmiech) Na szczęście w obecnym składzie Kapeli wszyscy są zawodowymi muzykami, czytają i z łatwością grają z nut, ja musiałem nadrobić zaległości. Różnił się przy tym system prób – ćwiczyliśmy poszczególne fragmenty, wybrane partie. Pierwotnie wydawało się to niespójne, dopiero na próbach generalnych, jak z puzzli, ułożyła się harmonijna całość. Mogliśmy przy tym podpatrzeć od kuchni świat znany nam jedynie z opowieści. Początkowo byłem sceptyczny, za cholerę nie wiedziałem jak to ugryźć, niemniej lody zostały przełamane błyskawicznie. Zgrzytu nie było nawet przez ułamek sekundy. Tam jest ogromna konkurencja, ale jeśli już zostajesz wybrany, to dba się o ciebie, chucha i dmucha. Duże wymagania nie oznaczają zaś roszczeń czy nakazów. Jeżeli ktoś miał swój pomysł aranżacyjny, to szedł do Andy’ego i go zgłaszał. Tak udało nam się wprowadzić kilka zmian. Pełna kultura pracy i wzajemny szacunek. Zamiast wytwarzania ciśnienia, przyjęto odpowiedni system motywujący. Żadnego "mogło być lepiej", raczej "awesome", "great" i "amazing". A jeżeli coś wymagało poprawy, to podchodził do delikwenta reżyser lub kompozytor, po czym mówił: "Stary, to co zagrałeś jest genialne. Co byś zatem powiedział, gdyby tutaj zamiast 'bang' zrobić 'bang bang'?". Nauczyłem się przy okazji wiele na temat pracy z dużym zespołem. Tyrka trwała przez 10 do 12 godzin dziennie, ale była mega inspirująca.

Coś zwróciło waszą uwagę w stopniu szczególnym?
Przygotowanie. Przylecieliśmy, a oni już mieli dokładną, miesięczną rozpiskę wypełniającą nasz czas co do minuty! Przydzielono nam osobę – sympatyczną Jenny Bowman, będącą kimś pomiędzy inspicjentem, ekonomem i karbowym. Była z nami 24 godziny na dobę i organizowała nam czas.

Kazała zakładać fraki?
Nie było żadnych fraków! Jeżeli już to raczej freaki. (śmiech) Chociaż nie, kontakt ze śpiewakami operowymi udowodnił nam jedno – to naprawdę normalni ludzie. Nienabzdyczeni, nienaburmuszeni, do rany przyłóż. Opowiadaliśmy sobie historie o punk rocku, scenie nowojorskiej. Mało tego, przyznali się, że w młodości słuchali Youth Brigade, Minor Threat, Black Flag i tego typu załóg! Sopranistka Kamala Sankaram uwielbia NoMeansNo i Nusrat Fateh Ali Khana! W tej ekipie był koleżka, który współtworzył ruch straight edge, bujał się z m.in. z Youth Of Today! Tam ludzie nie dzielą się na mentalne getta - i słusznie, bo tego co w muzyce ciekawe, inspirujące, nie wciśniesz w gorset. Poszukują, a przede wszystkim chłoną. I mają mityczne wyobrażenie naszego kraju. Dwójka z nich ma korzenie polskie. Marzą, by "A Blessing on the Moon" wystawić nad Wisłą.

A jest na to szansa?
Mamy taką nadzieję. To dość trudne przedsięwzięcie od strony logistycznej - spory zespół - i muzycznej, przez angielskie libretto. Ale wszystko da się zrobić, np. translacje można wyświetlać na ekranie.

Dobrze was przyjęto?
Zarówno publiczność, jak i krytyka przyjęli nas bardzo dobrze. Oba nowojorskie występy się sprzedały. Najbardziej poczytny, prestiżowy "New Yorker", wybierając najważniejsze wydarzenie tygodnia, poświęcił nam artykuł i grafikę. Ukazało się sporo publikacji, również w Kanadzie. W Vancouver wystawiliśmy "A Blessing…" trzykrotnie, na prestiżowym festiwalu Chutzpah. A przecież to opera, niełatwa dyscyplina. Zwłaszcza, kiedy mówi o stracie domu i najbliższych oraz tęsknocie. Mieliśmy dojmujące spotkanie z ludźmi w Vancouver – część starszych osób okazała się dziećmi Holocaustu. Jeden pan opowiadał jak w małej miejscowości, prawdopodobnie gdzieś w radomskim, ocalała część jego rodziny chciała po wojnie wrócić do siebie. Tam natrafili na Polaków i... zostali zamordowani. Zatłuczeni kijami. On cudem uciekł. Ci, którzy zajęli dom nie mogli zrozumieć, że Żydzi mogą przeżyć, po wojnie wrócić, chcieć tu żyć jak przedtem. Takich historii było więcej. Płakałem. Ciężko się z tym zmierzyć. Taką prawdę trudno przyjąć, pogodzić się, przejść do porządku… Za to sztuka wskazuje na coś, co się wydarzyło, ale w bardzo metaforyczny i metafizyczny sposób. Na tle bestialskiej historii jawi się jako katharsis. Wiesz, my nie jesteśmy związani z Gminą Żydowską, nikt z nas raczej nie ma żydowskich korzeni, ale piękna jest możliwość pokazania, że możemy na tym fundamencie wspólnie zbudować coś nowego.

Nie kusiło cię, żeby złapać za mikrofon i coś ze sceny chlapnąć? Zaczynasz być z tego znany. (śmiech)
Miałem taką ochotę w czasie wizyty w słuchanym przez kilkadziesiąt milionów ludzi WNYC, najlepszym radiu publicznym na Nowy Jork i Amerykę. W świetnym czasie antenowym robiono z nami wywiad. Padło w nim pytanie o akcję "A Blessing...", która rozgrywa się w Polsce, miejscu "gdzie Polacy zamordowali Żydów". Dziennikarz przeszedł nad tym do porządku dziennego. Pojawiło się takie groźne niedopowiedzenie. Już miałem przygotowaną odpowiedź, która mówiła, że od X wieku społeczność żydowska była elementarną, organiczną częścią naszego narodu i w czasie prześladowań w Europie znajdowała w Polsce azyl. Powstrzymałem się, bo co mi po tym polocentrycznym punkcie widzenia, skoro wydarzyła się zbrodnia dokonana również polskimi rękami? Choćby jeden Żyd, który po wydarzeniach Holokaustu ginie z ręki Polaka, to już jest powód do wstydu. Nie uważam, że powinniśmy padać na kolana. Jest gros wspaniałych historii, bohaterskich, na jakie nie zdobyłby się żaden inny naród. Ale są też te tragiczne. Musimy zaakceptować prawdę. Mord w Jedwabnem, pogrom w Kielcach to nie wszystko. Co z tymi pojedynczymi, rozsianymi po wielu miejscowościach? Co ze "zwykłymi" denuncjacjami? Przypomniałem sobie badania terenowe, podczas których nagrywałem kiedyś ludowych muzykantów. Nawet najbardziej znani mieli w repertuarze antysemickie przyśpiewki. To było częste. Jeszcze 15 lat temu widziałem w Kazimierzu u kapel bębny zrobione ze skóry, w którą oprawione były żydowskie święte księgi. I nikogo to nie dziwiło.

Lubisz zwracać uwagę na drażliwe sprawy. Przypomina mi się kolejna – "Pakt dla kultury", o którym wspominałeś przy okazji otrzymywania Paszportu Polityki. A raczej jego brak.
"Pakt dla kultury" był fikcją i nadal nią jest. Nie wszedł w życie, nie istnieje. Tymczasem wprowadzony po cichu 23-procentowy VAT skutecznie dobija kulturę.

Ostatnia publiczna debata o kulturze odbyła się przy okazji ACTA. Sprowadzono ją niestety do tego, czy powinna być za darmo czy nie. A rząd nie mógł się zdecydować po której stoi stronie.
"Rząd nie dał się zastraszyć demonstracjom i grupom anonimowych hakerów". (śmiech) Tymczasem problem dotyczy podstawy, tego czym jest kultura. Dla mnie jest jak chleb – to coś organicznego, niezbywalnego. Coś do czego każdy ma elementarne prawo. Wykształcenie czy pochodzenie nie jest tu ważne. Ale to podstawowe prawo obwarowuje się urzędniczymi i fiskalnymi obostrzeniami. Nie może być na to zgody. Na Zachodzie kultura pełni rolę szczególną. Jest pielęgnowana. Nie niszczy się jej złym prawem czy podatkami. Toteż przynosi znakomite owoce. U nas przez wiele lat nie zrozumiano kwestii elementarnych. I nadal nie chce się ich zrozumieć. Patrząc na nasz rząd, uważam, że takie działanie przygotowano z premedytacją. Zła wola nie wynika jedynie z ignorancji. Prowadzona jest polityka odp****alania, zamiatania pod dywan i propagandy, perfidnej socjotechniki. To przyznał właśnie przed studentami rzecznik Minister Edukacji, Grzegorz Żurawski. I za to od razu poleciał na pysk. Jak tuszował ewidentne błędy, pudrował wpadki pani minister, był "dobrym, naszym chłopakiem". Za słowa prawdy zapłacił głową. Zresztą mydlenie oczu w kwestiach palących jest domeną wszystkich poprzednich ekip. Tu nie ma wyjątku.

(…)
Równolegle obraliście z Kapelą ze Wsi Warszawa inny kierunek. Na północ. Jak słowiańskie dusze się tam odnalazły i dlaczego aż tam zawędrowały?
Scena północna uchodzi za jedną z najbardziej twórczych na świecie. Hedningarna, Garmarna, Hoven Droven czy Värttinä już w latach 90. miały ogromny wpływ na całą world music. Pokazały światu nowy język uniwersalnych wartości i odniesień do dawnych, lokalnych kultur w dobie globalizacji. My również skorzystaliśmy. Poza tym między Skandynawią a Polską jest wiele związków. Zwłaszcza w muzyce. Nasze narodowe tańce – mazur, kujawiak, polonez – oparte są o jeden, trójdzielny rytm, który oni przyswoili i zinterpretowali prawdopodobnie jeszcze w XVII wieku. Wkomponowaliśmy więc trzy nagrane wespół z Hedningarną utwory w polskie pieśni i bardzo ciekawie to wyszło. Powiem nieskromnie - tak jak i cała płyta "Nord".
Temat Kapeli ze Wsi Warszawa eksplorowany jest od 15 lat i to dość poważnie. A jednak udało się odkryć nowe lądy, nieznane historie, ciekawych bohaterów. Nigdy nie byliśmy też bliżej muzyki współczesnej. Podskórnie dążymy do tego, by ewoluować w stronę "teraz", osadzać tematy w określonym instrumentarium, ale opowiadać je naszym językiem. Staraliśmy się, by płyta była nie tylko od początku do końca dopracowana, budująca świadomość, ale również by była opowieścią – o nas w tych dziwnych czasach. Włożyliśmy kawał serducha, ale i pracy konceptualnej w sferze opracowań muzycznych i doboru tekstów – te wciąż będą ludowe, co nie znaczy, że błahe czy banalne.

Czeka nas inna Kapela, niż ta z czasów Mai Kleszcz i Wojtka Krzaka?
Kapela bez Mai i Wojtka jest inna. Podlega ciągłym zmianom, jak wszystko w życiu, ale nie traci najważniejszego – charakteru, pasji i radości tworzenia. Przez kilka lat naszych wyjazdów zagranicznych z Krzakiem, on był głównie osobą do gadania. Wszyscy dobrze go zapamiętali, toteż zastanawiają się co będzie bez niego i Mai. Spokojnie. Kapela świetnie dawała sobie radę wcześniej. Od powstania, w roku 1997, grało w niej ponad dziesięciu innych muzyków, którzy również odcisnęli swój mocny ślad. Grupa mocno ewoluowała, fundament pozostał niezmienny. Bardzo ważny jest też komfort pracy, poczucie, że nie musimy się kopać z koniem, czegokolwiek na siłę udowadniać. Nie chcemy tego robić. Zależy nam raczej na tym, by w muzykowaniu znajdować satysfakcję, spokój, ukojenie ducha. Ten spokój po latach walki i miotania się jest bardzo istotny. Naturalnie, ludzie decydują o sile zespołu, ale najważniejsze jest pełne porozumienie. Po krótkiej przerwie wróciły Sylwia Świątkowska i Magda Sobczak, jest Ewa Wałecka – to fenomenalne dziewczyny. Paweł Mazurczak, Piotr Gliński i Mario Dziurex Activator to wymarzeni kompani. Kapela była i będzie wspólnotą, kolektywem ludzi wolnych i niezależnych, dlatego szanujemy decyzje każdego i robimy swoje.

A wokal Mai Kleszcz jest do zastąpienia?
Nie. Majeczka jest genialna. Jest elfem. Ma głos jedyny w swoim rodzaju. Nikt nawet nie próbował zastąpić Mai, która w pewnym momencie dojrzała by być liderką, panią swojego życia i swojej muzyki. I zapragnęła stworzyć coś bardzo osobistego, poza Kapelą. Natomiast dało to asumpt do powrotu do pierwotnego założenia stylu Kapeli – wspólnego śpiewania na krzyku i na głosy. Nowa płyta pokazuje, że się odradzamy. Ba, na naszym szlaku natrafiliśmy na kopalnię pomysłów..

Obchodzicie w tym roku 15 lat. Spodziewaliście się, że to tyle przetrwa? Że folkowi radykałowie nie stłamszą was i nie zagryzą?
Folkowi radykałowie? Nie słyszałem o większych od nas! (śmiech) Choć trzeba przyznać, że piętnastoletniej działalności naprawdę się nie spodziewałem. Byłem wtedy w takim wieku, że nie zakładałem nic nawet na następny dzień. Żyłem według zasady "carpe diem" i nadal staram się ją realizować. Oczywiście to, ile wokół się dzieje, nie pozwala na aż taką spontaniczność jak kiedyś. Pewne rzeczy jednak planujemy.

Szykujecie w swojej Warszawie jakąś dużą urodzinową imprezę?
Chcemy tego zarówno my, jak i ludzie z nami związani. Pragnęlibyśmy zaprosić gości ze świata, przyjaciół, z którymi spotykaliśmy się przez lata na scenie: Hedningarna, Huun Huur Tu, Fareed Ayaz, Orkiestra Św. Mikołaja, Trebunie-Tutki, Vavamuffin i wiejscy muzykanci oraz wielu innych.

Które wydarzenia z przeszłości wspominasz najlepiej?
Przede wszystkim wdzięczność ludzi. Okazywana fascynacją muzyką, ale też zwykłym dobrym słowem. To na samym początku utwierdziło nas w słuszności podjętej decyzji. Później zaproszenie za granicę – bo wszystkiego się spodziewaliśmy, ale nie tego, że z takim repertuarem wyjedziemy z Polski. Z czasem okazało się, że więcej gramy na obczyźnie, niż w ojczyźnie. Nadal zresztą tak jest. W końcu osoby, które są z nami od samego początku, jak Włodek Kleszcz, Ania Mamińska, Marysia Baliszewska, czy Wojtek Majewski. To nasza rodzina. Wszystkie te elementy składają się na to, że widzisz cel w tym co robisz, a przede wszystkim masz ochotę robić to dalej. I czujesz, że twoja pasja, choć wydawałaby się irracjonalna, zaraża innych. Mam tu olbrzymią wdzięczność do Najwyższego, bo widzę w tym wszystkim dużą ingerencję sił wyższych. Nie mówię tego jako dewot. Stwierdzam fakt. Nusrat Fateh Ali Khan przed każdym publicznym występem podchodził do sceny, kładł na niej ręce, pochylał się i zapadał w medytację. Zapytano go kiedyś: "Maestro, cóż czynisz?". Odpowiedział: "Proszę Najwyższego, żeby pozwolił mi przetrwać kolejny koncert".

----------



Folk You!
Jarek Szubrycht
Jak zrobić muzyczną karierę na Zachodzie? Tak samo jak w Polsce. Na ludową nutę. Hej!

Po angielsku śpiewamy, po niemiecku gramy/ Od folkloru do jazzu wszystko pożyczamy/ Polacy to gęsi, swojego nie znają/ Co nasze, to gówno, co cudze, to grają” – to „Góralska muzyka” z wydanej przed 15 laty debiutanckiej płyty Homo Twist. Jednak tekst Macieja Maleńczuka powoli się dezaktualizuje. Polska młodzież znów śpiewa polskie piosenki i nieźle na tym wychodzi.

Wykorzenieni
U tych, którzy pamiętają kulturę na-ma-szczoną świeckim błogosławieństwem PRL, wszystko, co odwołuje się do folkloru, może budzić podejrzenia. Państwo – nomen omen – ludowe wyrwało bowiem folklor z jego środowiska naturalnego, pozbawiło kontekstu, przemieliło w politycznych żarnach i wypluło w postaci cepeliowskich serwet i ciupag z termometrami. Oraz świetnego skądinąd Mazowsza wtłaczanego telewidzom i radiosłuchaczom w trudnych do zniesienia dawkach. Kiedy byliśmy od Europy oddzieleni – szlabanami, zasiekami, brakiem paszportów, nieznajomością języków... – chcieliśmy jej i sobie za wszelką cenę udowodnić, że niczym się nie różnimy. Że nam też smakują hamburgery i cola, słuchamy rocka, nosimy dżinsy, uwielbiamy „Gwiezdne wojny”. Że jesteśmy obywatelami świata. Dzisiaj, po kilku latach członkostwa w Unii Europejskiej, jesteśmy Europejczykami pełną gębą, nikomu nie musimy już niczego udowadniać i coraz mniej kompleksów zostało nam do zaleczenia, więc chętnie podkreślamy swoją odrębność. W obyczajach, kuchni, modzie, ale również w muzyce.

Tu na scenę wchodzi folk. Pojmowany jak najszerzej – od ambitnych, łączących folklor z muzyką współczesną eksperymentów Kwadrofonika, przez etniczny ambient Karpat Magicznych, góralski dub Psio Crew, aż po huculskie hołubce Orkiestry św. Mikołaja i biometalowy – sami tak to nazwali – czad Żywiołaka. Popularność grup Golec uOrkiestra czy Zakopower to komercyjny wierzchołek tej samej góry lodowej, Lao Che też zdarzało się odwoływać do dźwięków o ludowej proweniencji. Fani polskiego folku regularnie spotykają się na festiwalach, mają swoje audycje radiowe i magazyn o wiele mówiącym tytule „Gadki z Chatki”. Wtajemniczeni twierdzą, że to dopiero początek. – Jeśli chodzi o odkrywanie muzyki przeszłości, Polska jest raczkującym krajem. Nie widzimy ciągłości kulturowej, odcięto nas od korzeni – uważa Wojciech Krzak z Kapeli Ze Wsi Warszawa, która nie bez przyczyny zatytułowała jedną ze swych poprzednich płyt „Wykorzenienie”. – Gdybym powiedział: ludzie, to, co dziś dociera do was z MTV, to nic innego jak kolejny etap muzyki korzeni, uznano by mnie za wariata. A przecież cała muzyka ma jakiś początek. Mayall-, Stonesi, Presley byli zauroczeni muzyką delty Missi-sipi. Marley – tradycją nyabinghi-, bluesa. Erykah Badu – gospel.

Bez paniki, my z Polski
Kapela Ze Wsi Warszawa jest w swojej ojczyźnie raczej zespołem kultowym (czytaj: wielbionym w wąskim gronie wtajemniczonych) niż popularnym. Tymczasem mamy do czynienia z jednym z najbardziej znanych na Zachodzie reprezentantów polskiej muzyki rozrywkowej.

– Wszystko zaczęło się w 2003 roku, kiedy Uli Balss, właściciel wytwórni Jaro, [jeden z najważniejszych graczy na rynku world music – przyp. red.], zakochał się w naszym graniu i zdecydował na wydanie płyty „Wiosna ludu”. Wiele ryzykował, bo muzyka z tej części Europy nikomu nic nie mówiła, ale kolejne etapy naszej kariery nawet dla niego były zaskoczeniem. Myślę, że byliśmy pierwszym polskim zespołem, który w tradycyjnej muzyce nizin, transowej i prostej, zdołał uwypuklić elementy uniwersalne – bez fałszywej skromności relacjonuje Krzak, który w zespole obsługuje głównie skrzypce. Zarazem napomina mnie, by pamiętać o innych:

–Trebunie-Tutki z Twinkle Brothers przetarli szlaki wiele lat przed nami. A co powiemy o Kroke, jednym z najbardziej rozpoznawanych zespołów z tej części świata? Abstrahując od ich poczynań z Nigelem Kennedym, to przecież pupile samego Petera Gabriela. Co z Motion Trio?

Muzyk ma rację, międzynarodowe sukcesy polskiej muzyki odwołującej się do ludowych korzeni to żadna nowość. Nasi jazzmani w latach 70. robili światową karierę, bo do wymyślonej za oceanem stylistyki dodali tęskną słowiańską nutę. U jednych pobrzmiewała ona głośniej (Namysłowski), u innych ciszej (Komeda), ale wszystkich zjednoczyła w wyjątkowej polskiej szkole jazzu, tak odległej od dźwiękowej cepelii, jak tylko się da. Również Czesław Niemen spodobał się na Zachodzie nie za sprawą wariacji na temat Jamesa Browna, lecz dlatego że był inny. Dobrze to rozumiał, czego najlepszym dowodem firmowana przez niemiecki oddział CBS płyta „Russische Lieder” z rosyjskimi przyśpiewkami ludowymi o jodełkach, stepie i Bajkale.

Od wydania tamtego albumu minęło niemal 40 lat, mimo to niewiele się zmieniło – berlińska wytwórnia Eastblok szykuje właśnie pierwszą w swoim katalogu składankę z polskimi wykonawcami, z dumą anonsując potwierdzone już nazwy: Kapela Ze Wsi Warszawa, Psio Crew, Żywiołak... – Na zachodnim rynku nie ma kompilacji, która przedstawiałaby waszą fascynującą scenę. Chcemy to zmienić. Uważamy, że to świeże i nowoczesne granie, nadaje się zarówno na parkiety, jak i do słuchania w domu – powiedział „Przekrojowi” Armin Siebert, szef Eastblok. Zastrzegając przy tym, że folk w czystej postaci niezbyt go interesuje. – Jest zbyt tradycyjny, nie podoba się młodym ludziom. Zabawa zaczyna się, kiedy muzyka korzeni łączy się ze współczesną muzyką Zachodu, na przykład rockiem, ska, reggae albo elektroniką.

Warsaw Village Band – bo pod taką nazwą znają ich na świecie – długo byli ucieleśnieniem zasady „cudze chwalicie, swego nie znacie”. Te same media-, którym do otrąbienia sukcesu- polskiego wykonawcy na Zachodzie zwykle wystarcza doniesienie o koncercie w klubie polonijnym dla 200 osób, przespały tak doniosłe wydarzenia jak nagroda dla najlepszego debiutanta od BBC3 czy występ formacji na festiwalu Roskilde. – Nigdy nie zabiegaliśmy o popularność. Mamy swoją działkę, na której działamy konsekwentnie od lat, i to jest nasza bajka. A teraz trochę po gombrowiczowsku trafiamy na rodzimy grunt – zauważa Krzak. I chyba rzeczywiście coś jest na rzeczy. Folk, neofolk, krajowa muzyka świata, muzyka etniczna – jak zwał, tak zwał – coraz śmielej poczyna sobie poza gettem. Pomagają zagraniczne sukcesy, owoce przynosi pozytywistyczna praca u podstaw i – co&